Made in Poland. Jak wygląda praca i życie szwaczki w 2019 roku
Czwartek, 09.01.2020. Grażyna Latos
Made in Poland. Jak wygląda praca i życie szwaczki w 2019 roku
Fot. Jost Franco
Poniżanie. Wśród wielu problemów, na które skarżą się polskie szwaczki, brak szacunku boli je szczególnie mocno.
- W tym kraju szwaczka jest nikim. Każdy może zrobić z nią co chce – mówi mi Barbara Gigielewicz.
 
- Szwaczki są poniżane i zmuszane do pracy po wiele godzin, często ponad siły. I nie ma, że np. weekend majowy i można by odpocząć. Nie można. Bo praca, wysyłka, klienci... – wylicza Agnieszka Chałupka. - „Przyjdzie zima, to wtedy sobie pojedziesz. A w ogóle, to jak ty i tak wyjeżdżasz na działkę, to co to jest za urlop”. Tak mówiło szefostwo. Oni jeździli za granicę, więc dla nich nasze działki to żadna atrakcja. Równie dobrze można pracować. Nam powinny wystarczyć zdjęcia, które pokazują ze swoich wczasów. Lazurowe wybrzeże i te sprawy.
 
- Ja pracowałam w szwalni tylko pół roku. Trafiłam tam na staż, a po stażu przyjęłam pracę. Ale jak zobaczyłam jak to wygląda, to zrezygnowałam – wspomina Joanna.
 
Umowa to tylko papier
 
Agnieszka pracę w szwalni zaczęła po szkole średniej. Przez 20 lat pracowała w dziesięciu zakładach. W żadnym z nich nie obowiązywały zapisy umowy o pracę.
 
- Na papierze najniższa krajowa i 40 godzin pracy w tygodniu, w rzeczywistości akord i 60 godzin. Ja cztery lata temu zarabiałam 1800 zł przy pracy 6 dni w tygodniu po 10 godzin, a czasem nawet więcej. Zwykle robili tak: przez cały miesiąc nie podawali stawek, ile jest np. za uszycie żakietu, a po miesiącu, jak sobie zobaczyli ile tych żakietów uszyłyśmy, ogłaszali ceny. I one były coraz niższe. Można było powiedzieć: szefie, dwa miesiące temu szyłyśmy prawie takie same żakiety i one kosztowały 14 zł a teraz pan dał 9. „No właśnie, bo wcześniej to się przeliczyłem i musiałem do tego dołożyć” – odpowiadał. A jak chciałyśmy znać ceny wcześniej, to zawsze było coś. „Nie teraz, bo teraz trzeba zrobić wysyłkę” albo „Teraz to jest dużo papierów do zrobienia”, czy „Teraz to muszę jechać po nici”. A taka szwaczka, jak przez miesiąc szyje jedną rzecz, to dochodzi już do perfekcji i naprawdę jest w stanie uszyć dużo. Zwłaszcza, że się spieszy i na podstawie poprzednich podobnych rzeczy, szacuje ile zarobi. A tu bach i cena obcięta 30 czy 50% – mówi Agnieszka.
 
- Czasem się trafił lepszy miesiąc, bo się np. szyło kożuchy, ale to nie było wykazywane w dochodach. Na papierze to zawsze była minimalna. I jakie później będą emerytury? – rzuca retorycznie pani Bożena.
 
Dla młodziutkiej Joanny rozbieżność między umową a rzeczywistością była szokiem. Zwłaszcza, że przed podjęciem zatrudnienia, w momencie stażu, za który płacił urząd pracy, wszystko było jak należy.
 
- To było przygotowanie do pracy na samodzielnym stanowisku szwaczki. Miałam 870 zł za cały etat, 8 godzin dziennie. Co miesiąc dostawałam przelew na konto. Później, gdy podpisałam umowę o pracę, zaczęła płacić szefowa. I wtedy wszystko się zmieniło.
 
Umowa Joanny obejmowała pół etatu i niecałe 700 zł netto. Szybko okazało się, że musi pracować także w dwie soboty w miesiącu a nierzadko również pozostawać po godzinach. Czas pracy miała zapisywać na karcie pracy. Jako jedyna szwaczka, z którą rozmawiałam, nie pracowała na akord. Zgodnie z umową, którą podpisała miała otrzymywać 8 zł za godzinę. Kiedy jednak przyszedł dzień wypłaty na karcie było napisane, że wynagrodzenie wynosi 5 zł, a nadgodziny można odebrać jedynie w formie wolnego, ale w terminie bliżej nieokreślonym i wybranym przez szefową.
 
- Po tej pierwszej wypłacie zaczęłam rozmawiać z innymi pracownicami. Powiedziały mi, że i tak teraz jest lepiej, bo wcześniej szyły na akord i zarabiały jeszcze mniej. A to były panie z kilkunasto- i kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Szyły perfekcyjnie. Zaczęłam się więc zastanawiać po co tam w ogóle przyszłam. To były niegodne warunki. Inaczej to sobie wyobrażałam. Zwłaszcza, że kiedy jeszcze byłam na stażu, akurat były święta Bożego Narodzenia, szefowa chodziła po zakładzie i chwaliła się, że wydała na prezenty 5 tysięcy. I wszystkie te prezenty przychodziły na adres szwalni, bo ona je tam pakowała. Jak nam je pokazywała to pomyślałam, że musi dużo zarabiać, więc szwalnia dobrze działa i stawki będą fajne. Tym bardziej, że przez cały czas stażu nigdy nie słyszałam, by ktoś się skarżył na zarobki.
 
Jak jednak dziś przyznaje Joanna, pewne sygnały o tym, że coś jest nie tak były.
- Pamiętam jak w dzień wypłaty szefowa rozdawała koperty i mówiła, że dziś tylko połowa, bo nie ma więcej. I resztę płaciła po tygodniu lub półtora. To się powtarzało. Byłam zdziwiona, bo praca była cały czas, nie było żadnych przestojów. Pamiętam, że nawet 11 listopada, który powinien być wolny, kazała przyjść, bo tyle roboty. Ale ja byłam młoda i naiwna, a to była moja pierwsza praca i nie spodziewałam się nieuczciwości.
 
Gdy Joanna zorientowała się, że wszystkie szwaczki zarabiają mniej niż na umowach, postanowiła je zbuntować.
- Próbowałam je przekonać, żebyśmy razem domagały się takich pieniędzy jakie miałyśmy na papierze. Ale one nie chciały, bały się. Więc sama poszłam do szefowej i powiedziałam, że jeżeli nie zacznie płacić uczciwie to się zwalniam. Nie dogadałyśmy się. Ale kiedy przyniosłam wypowiedzenie, nie przyjęła go i powiedziała, że zwolni mnie dyscyplinarnie za to, że dwa razy nie wpisałam się na listę obecności. Żadna z pracownic nie zgodziła się, żeby podpisać mi oświadczenie, że byłam wtedy w pracy, choć pamiętały, że byłam. Może były zastraszone przez szefową? Bo ona była despotyczna. „Macie zrobić i koniec!”. Nie było z nią żadnej dyskusji. Więc zadzwoniłam do inspekcji pracy na anonimową infolinię i pani mi doradziła co mam zrobić. Poszłam na zwolnienie na dziecko i wypowiedzenie złożyłam pocztą, więc miałam podkładkę, że poszło i ona musiała je odebrać.
 
„Dobre warunki”
 
Niektóre szwaczki, z którymi rozmawiałam mają o swoich zakładach pracy do powiedzenia także kilka miłych słów. Jak Magdalena, która chwaliła nowo postawiony budynek, fajną jadalnię, nowe maszyny i szafki dla każdego z pracowników. Zarobki też lepsze niż w innych miejscach. Ale u niej również umowa była fikcją.
 
- Umowa nigdy nie pokrywa się z rzeczywistością. Na papierze miałam 1680 zł, ale pracowałam na akord, i przy 6 dniach w tygodniu po 10 godzin zarabiałam trzy tysiące, a czasem zdarzyło się nawet cztery. Wszystkie świadczenia miałam jednak płacone od tej najniższej krajowej. Chociaż L4 i tak nie było honorowane. Jak wypadek to jeszcze. Ale z chorobą trzeba się było szybko uporać i wrócić. Jedna pani miała problemy z kolanami, to usłyszała od szefostwa, że taki pracownik nie jest im potrzebny. Albo pracuje, albo ma się zwolnić. Ja przez osiem lat ani razu nie byłam na L4. Dopóki nie zaszłam w ciążę. Zresztą jak się okazało, że jestem w ciąży, to umowę przedłużono mi tylko do dnia porodu. Teraz jestem na zasiłku dla bezrobotnych.
 
Po kilku rozmowach ze szwaczkami z różnych miast okazało się, że to nie przychodzenie do pracy w czasie choroby, ale możliwość wzięcia L4 i otrzymania za nieobecność wynagrodzenia, jest czymś wyjątkowym.
 
- W moim zakładzie tak nie było, ale koleżanki z innych szwalni opowiadały, że jak chorowały to nadal przychodziły do pracy. Przynajmniej przez pierwsze 33 dni w roku, bo za to płaci pracodawca – mówi Agnieszka. Jak ktoś chorował i chciał mieć chorobowe to dopiero od 34 dnia mógł zacząć leczyć się w domu, bo wtedy przechodził na ZUS i faktycznie miał wypłacane wynagrodzenie. Wcześniej nie.
 
Mimo trudnych warunków w szwalniach, jak tylko dziecko Magdaleny nieco podrośnie, świeżo upieczona mama chciałaby wrócić do pracy. Ale już nie do ostatniej szefowej. Jadalnia była fajna, ale szefowa nie.
 
- Żeby wziąć wolne trzeba było mieć naprawdę dobry powód. Np. wesele. Szefowa wciąż mówiła, że musimy ją zrozumieć, bo wszystko jest drogie. ZUS jest drogi, urząd skarbowy, tyle trzeba za to wszystko zapłacić… Był nawet taki moment, kiedy wyrejestrowała nas wszystkie na miesiąc. Pracowałyśmy, ale umowy nie miałyśmy. Gdy ja tam pracowałam, raz to się zdarzyło, ale panie, które pracowały dłużej mówiły, że zdarzało się częściej. Mówiono  im też, żeby szły na bezrobotne i wyrejestrowywała je na pół roku. Ale bywało, że jak któraś chciała później iść na emeryturę to jej brakowało tych miesięcy.
 
W pewnym momencie córki szefowej Magdaleny, które przygotowywały się do przejęcia prowadzenia firmy, zaczęły wprowadzać różne „nowości”. Rok temu zamiast kopert z gotówką pojawiły się przelewy bankowe. Ale pojawił się też monitoring.
 
- Były różne ograniczenia. Np. jak często można sobie zrobić kawę. Pod koniec mojej pracy wprowadzono monitoring i zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Szefowa miała u siebie w biurze telewizor i nas obserwowała a później zwracała uwagę, że np. zbyt często chodzimy do jadalni. Wiadomo, trzeba z pracownika wycisnąć jak najwięcej. Zwłaszcza jak jest dużo zleceń.
 
Wyciskanie z pracowników nie sprzyja ich wypoczynkowi, toteż Magdalenie uzbierało się 60 dni zaległego urlopu. Ale cieszy się, że szefowa przed odejściem rzeczywiście jej go wypłaciła.
 
- Ona sobie te nasze urlopy zapisywała w zeszycie, i mówiła, że jak kiedyś trzeba będzie, to wykorzystamy. Bo w papierach wszystko było, jak należy. Co roku podpisywałyśmy, żeśmy urlop wzięły. Ja dostałam za urlop 3 tysiące – tyle wyszło zgodnie z tym, ile miałam na papierze.
 
Niestety, podpisywanie rozmaitych dokumentów podsuwanych przez szefostwo również okazuje się być standardem. Dziś dochodzę do wniosku, że nielegalna dokumentacja była kolejnym z powodów, dla których tak wiele kobiet bało się ze mną rozmawiać.
 
Walka o lepsze
 
Wszystkie szwaczki, z którymi rozmawiałam twierdzą, że ich koleżanki boją się nie tylko rozmawiać ze mną, ale też zawalczyć o swoją lepszą sytuację. I nie chodzi wyłącznie o wynagrodzenia. Szwaczki często cierpią z powodu bardzo wysokich temperatur w pomieszczeniach latem, niesprawnych maszyn, tępych noży do krojenia czy braku stojaków do odwijania belek z materiałem.
 
- Jedna belka z materiałem waży około 30-50 kilo – mówi mi Magdalena. - Jak chcesz kroić materiał, to musisz taką belkę sięgnąć z regału. Przenieść, położyć na stół, odwinąć, wykroić i odnieść. Czasem to było kilkanaście belek dziennie. Firmy oszczędzają na wszystkim a płacą za to pracownice. Ja miałam różne problemy zdrowotne. Po tylu godzinach, ból kręgosłupa jest straszny. Oczywiście, górny odcinek szyjny dokucza najbardziej. I nadgarstek.
 
Szacunek
 
- Przez krótki czas pracowałam w miejscu, gdzie po jednej stronie była szwalnia, gdzie pracowała matka, a po drugiej wzorcownia, którą prowadziła córka z mężem. Ja pracowałam u córki, ale biuro było wspólne – wspomina Agnieszka. Wiem, że dziewczyny po tej drugiej stronie nie miały wypłacanych pieniędzy nawet przez 3 miesiące. Dostawały po 200 zł na tydzień. A przychodziły na piątą rano i pracowały do siedemnastej. Często słyszałam jak ich szefowa mówi: „no przecież dopiero ci dawałam”, „przecież dopiero tydzień temu dostałaś 200zł”. Bywało tak, że jak jedna wypłakała, żeby dostać więcej, bo coś miała do zapłacenia, to następna nie dostała wcale. To jest poniżające. Człowiek haruje, a jest tak traktowany. A mówi się, że brakuje szwaczek… Ale nikt ich nie szanuje.
 
- Brak szacunku to norma. I przymus, bo myślą, że z nami można zrobić wszystko – mówi Barbara. - Pamiętam jak w mojej drugiej pracy już w ciągu dnia dowiedziałam się, że nie wyjdę dopóki coś tam nie będzie zrobione. Bo klient przyjeżdża wieczorem i musi to mieć. I my bez jedzenia siedziałyśmy. Mam koleżanki z innych miast, z Łodzi, Zduńskiej Woli i one też miały podobne sytuacje. W firmie, w której koleżanka pracowała, dziewczyny się zbuntowały, że nie zostaną. „Przekonamy się” – odpowiedział szef. Zamknął bramę i spuścił psy.
 
- Gdyby pani wiedziała, jak się nas traktuje, to by przestała się dziwić, że nie chcemy o tym mówić. Czasem po prostu brakuje słów.  I co tu gadać, boimy się – powiedziała mi jedna ze szwaczek anonimowo. Nie pozwoliła nawet na użycie swojego imienia...
 
Autorka: Grażyna Latos
 
 
 
Komentarze
Jeżeli nie widzisz tego obrazka kliknij odµwież i spróbuj ponownie
Maria 04.05.2020 20:26
To jest po prostu straszne czytać takie artykuły, to się musi zmienić! Moim celem (choć dopiero od niedawna niestety) jest kupować ubrania tylko od firm, które należycie traktują pracowników i podwykonawców. Mam nadzieję, że Wasza Fundacja pokieruje mnie w dobrą stronę,sama będę też szukać innych źródeł rzetelnych informacji.
Podobne artykuły
Ja jestem szwaczką. A to jest dżungla
Kiedy mała Basia wzięła do ręki szmatkę i okręciła nią swoją lalkę, domownicy aż zapiali z zachwytu. „Wygląda jak uszyte! Basiunia na pewno będzie krawcową”. Ale Basia nie chciała szyć. Chciała iść do szkoły elektronicznej.
Dlaczego przestałyśmy być szwaczkami?
Większość kobiet pracujących w przemyśle odzieżowym, z którymi udało się porozmawiać Grażynie Latos z Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie, zrezygnowało z zawodu szwaczki na rzecz własnego zakładu krawieckiego. Swoją dawną pracę wspominają dziś niczym zły sen. „Koszmar” – mówią.
Gdzie są polskie szwaczki i dlaczego nie chcą z nami rozmawiać?
Kiedy zaczynam poszukiwania szwaczek czuję ekscytację. Jestem ciekawa ich sytuacji, mam wiele pytań. Szybko jednak okazuje się, że rozmawiać chcę tylko ja.
Co dzieje się z tekstyliami, które wyrzucamy? Czy istnieją jakieś skuteczne alternatywy, które pozwalają naszej odzieży zyskać drugie życie? Co z kontenerami na odzież używaną? Dokąd trafiają wyrzucane tam ubrania, zabawki, pościel, buty i inne tekstylia?
Każdy nosi dżinsy - to dość stanowcze stwierdzenie, jednak ciężko się z nim nie zgodzić. Większość ludzi nosi dżinsowe spodnie na co dzień, a popyt na modne i tanie dżinsy nigdy nie był tak wysoki. Jednak, czy zdajemy sobie sprawę z konsekwencji, jakie niesie popularność tzw. szybkiej mody? Co możemy zrobić, żeby ograniczyć jej negatywny wpływ na środowisko?
Szybka moda przypomina fastfood. Jest tania, uzależnia i szkodzi środowisku. Jej skutkiem są tony nikomu niepotrzebnych ubrań, które trafiają na składowiska śmieci lub do krajów globalnego Południa niszcząc ich gospodarkę. Czy możesz coś z tym zrobić? Każdy może. My podpowiemy Ci, w jaki sposób nie dać się modzie na marnowanie i zrobić coś dobrego dla środowiska.